wtorek, lipiec 14, 2020
0
0
0
s2sdefault

W drugiej części relacji korespondenta czasopisma "Kłosy" z 1879 r., na chłopskim wozie wyjeżdżamy z Bochni i kierujemy się do Nowego Wiśnicza, który nie podniósł się jeszcze po straszliwym pożarze z 1863 r. W tym ubogim miasteczku, zachwycają autora jednak pozostałości magnackiej fortuny - zamek, klasztor zamieniony na więzienie oraz kościół parafialny z odnowionymi obrazami z czasów baroku. Zachowano oryginalną pisownię.

Wiśnicz na pocztówce z 1913 r. Zbiory Biblioteki Narodowej, domena publiczna
Wiśnicz na pocztówce z 1913 r. Zbiory Biblioteki Narodowej, domena publiczna

Z Bochni, wraz nauczycielem miejscowym p. K., wyjechaliśmy we trzech wózkiem włościanina, powracającego z jarmarku do domu, do wsi Kąty. Sam gospodarz pozostał jeszcze w mieście, nam zaś dał za woźnicę kilkunastoletniego Michałka, który uczył się dopiero powozić. Dwie klacze, zaprzężone do wózka, poczuwszy nie wprawną rękę, nie chciały pośpieszyć. Na próżno Michałek biczem zacinał. Klacze oglądały się na dwoje źrebiąt, biegnących za wózkiem, o pośpiechu nie myślały i pozwoliły wyprzedzić się wszystkim, co za nami jechali.

A jechało wózków bardzo wiele, na każdym zaś siedziało wesołe towarzystwo bab i chłopów, lub szwargocących żydów. Obrazków charakterystycznych pomiędzy nimi nie brakło. Nie darmo mówią, "udręczony jak koń żydowski". Na wózku w jednego konia zaprzężonym, i to jakiego konia ! - tylko na naszej ziemi równie chude zwierzęta zobaczyć można, siedziało po kilkunastu żydów i żydówek. Koń ledwo mógł ciągnąć, ustawał często; żaden jednak z siedzących nie zszedł z wozu, nawet wówczas, gdy droga szła stromo pod górę. Każdy zapłacił szóstaka: więc nie ma obowiązku litować się nad biednym zwierzęciem; chociażby zginąć miało, on musi swoje wyjechać. (…)

Pijanych, rozumie się, napotykaliśmy po naszej drodze mnóstwo. Nie widzieliśmy wprawdzie nigdzie scen nieprzyzwoitych, ale zaczerwienione policzki, oczy przyćmione, głos ochrypły, chód niepewny, kiwanie się na wszystkie strony, pokazywały w jakim stanie przytomności wracali włościanie z jarmarku. Pijaństwo więc kwitnie, jak za Sasów, i niszczy zdrowie, moralność, oraz majątki naszych włościan; chociaż zaś plaga jego jest powszechną, nie słyszeliśmy o zawiązywaniu nowych stowarzyszeń wstrzemięźliwości i w żadnej gazecie nie czytaliśmy sprawozdania z działań towarzystw dawniej uorganizowanych. A jednakże, jeżeli są potrzebne towarzystwa zaliczkowe i rolnicze, nie mniejszą jest potrzeba towarzystw wstrzemięźliwości. Człowiek tylko trzeźwy może być moralnym, oszczędnym i pracowitym; tylko w umyśle trzeźwego przyjmuje się ziarno oświaty. Próżnymi będą wszystkie nasze starania, dążące do podniesienia ludu, jeżeli pozwolimy wzrastać pijaństwu, które nam już złą reputacyą wyrobiło. (…)

Myśli te, wywołane scenami powrotu z jarmarku, wkrótce, ustąpił przed obrazami, jakie przy wjeździe z góry na górę, piękna natura Karpacka przed oczy nasze nasuwała. W dolinach, pomiędzy gajami, mnóstwo miejsc zacisznych. Tam wioskę widać, a "stary kościół z blaszanemi szczyty, ponad wsią błyszczy lipami zakryty *)"; tam znowuż dworek szlachecki pomiędzy jabłoniami, gdzie indziej chata pod słomą, las, a na jej brzegu figura Matki Boskiej, przed którą wszyscy czapki uchylają.

W tej okolicy gęściej, niż w innych, wznoszą się przy drogach krzyże i figury świętych. Figury te przez wiejskich budowniczych, lub snycerzy z muru, albo z drzewa wznoszone, mają w Bocheńskiem właściwy sobie styl, różniący je od tego rodzaju pomników ludowej pobożności, po innych powiatach naszej ziemi. Przyozdobienie ich, z narzędzi Męki Chrystusowej i różnych świętych postaci ułożone pstrą, jaskrawą farbą pomalowane, błyszczy jeszcze nieraz pozłotą. Żebrak, śpiewający jednostajnym głosem na chwałę Boga pieśni, które się zdają wyrzekaniem po bolesnej stracie, siedzi pod taką figurą, a przejeżdżający rzucają drobny pieniądz na dłoń jego wyciągniętą.

Zamek w Wiśniczu w roku 1857. Obraz A. Grabowskiego, zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie, domena publiczna
Zamek w Wiśniczu w roku 1857. Obraz A. Grabowskiego, zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie, domena publiczna

Pieśń żebraka brzmiała mi jeszcze w uszach, gdy, wjechawszy na górę, zobaczyliśmy na tle szeroko rozokolonego krajobrazu, w głębi doliny położony Wiśnicz. Na jednej z gór wznosi się piękny kościół wraz z klasztorem, zamieszkanym niegdyś przez Karmelitów Bosych, dzisiaj zamienionym na Więzienie karne; niżej potężne mury wspaniałego zamku Kmitów, a niżej jeszcze kościół parafialny i ubogie domki nieodbudowanego jeszcze po pogorzeli miasta. Widok pełen wdzięku. Pasmo gór już dość wyniosłych czerni się na widnokręgu, a pod niem oko jednem spojrzeniem obejmuje kilkanaście mil kraju, połamanego w pagórki zielonem zbożem pokryte.

W mieście stanęliśmy w rynku pod ratuszem, który jest pozostałością po jakimś obszerniejszym a starym budynku; wygląda jak baszta. Na zgorzeliskach starych domów żydzi powznosili drewniane klatki, przed któremi w śmieciach bawią się zabrudzone dzieci, obok nich zaś gawędzą matki w obdartych sukniach, z perłowymi dyademami na atłasowych perukach.

Wiśnicz również był przepełniony żydami, dzisiaj połowa ich zaledwo została. Po ostatnim pożarze mnóstwo mieszkańców wyniosło się stąd do sąsiednich miasteczek i do Bochni, która dawniej posiadała przywilej, uwalniający ją od zamieszkania przez dzieci Izraela.

Wiśnicz opustoszały ma postać miasta już upadłego. Zamek go jeszcze najwięcej zdobi. W nim to, Piotr Kmita ugaszczał Zygmunta Augusta wraz z Barbarą Radziwiłłówną, której Bona według powieści poetów miała tutaj podczas uczty zadać truciznę. Wiadomo, że powieść ta jest nieprawdziwą, Barbara bowiem umarła nie od trucizny, ale na raka, wszakże przechodzień, stąpający po szerokich salach zamkowych, uprzytomnia sobie wizytę tyle ukochanej przez naród królewskiej pary.

Zamek wiśnicki, jakkolwiek opuszczony, łatwo mógłby być odrestaurowanym. Nowy jego właściciel, hr. Tomasz Zamojski, ordynat, jest w możności podjęcia się kosztów restauracyi. Krajowi zachowałby piękny pomnik budownictwa XVI wieku, pełen wspomnień historycznych, a sobie utworzyłby rezydencyę godną, z której pochodzi. (D. n.)

Warto by także wziąć pod opiekę groby Kmitów i Lubomirskich w tutejszym kościele po-karmelickim, który wybudował 1635 r. Stanisław Lubomirski, wojewoda Ruski, na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami, odniesionego pod Chocimiem 1621 r.

We wspomnianym kościele, dobrze są malowane obrazy nieznanego, ale z pewnością znakomitego, malarza. Domyślają się, że malował je Dolabella. Bardzo być może, że domysł to uzasadniony swoboda bowiem i wdzięk pędzla przypominają malowanie obrazu Chrystusa na krzyżu w katedrze na Wawelu. Szczególnie piękny obraz jest SS. Trójcy, aniołowie na nim są prześliczni. Obrazy te bardzo są już podniszczone. Restauracją jednego z nich powierzono jakiemuś partaczowi, który go zepsuł. Szczęściem, znalazł się malarz, p. Hanusz, który zdjął z obrazu szpecące go farby poprawiacza i jak należy odrestaurował. W skutek tego, powierzono i inne obrazy p. Felixowi Hanuszowi, malarzowi w Bochni, niedawno zmarłemu. Jego umiejętność i sumienność sprawiła, że pod jego ręką obrazy nieznanego mistrza nabrały dawnego blasku.

Źródło:

Kłosy: czasopismo ilustrowane, tygodniowe, poświęcone literaturze, nauce i sztuce 1879.07.26 (31) T.29 Nr 736, s. 95; nr 737, s. 109

Zobacz też Wycieczka po Galicyi. I. Bochnia