środa, lipiec 17, 2019
0
0
0
s2sdefault

Spis treści

Potop szwedzki na ziemi bocheńskiej

Gdy w lecie 1655 r. wojska szwedzkie pod dowództwem Karola X Gustawa wkroczyły do Polski, nikt się chyba nie spodziewał, że w ciągu kilku miesięcy zajmą większą część ziem koronnych.  Już na przełomie września i października tego roku, "potop szwedzki" dotarł do Bochni, Wiśnicza i okolicznych miejscowości. Województwo krakowskie, które od średniowiecza nie zaznało ciężaru wielkiej wojny na swoim terenie, zostało dotkliwie zniszczone i złupione, a miary upadku dopełnił najazd Siedmiogrodzian i Kozaków. Straty w ludziach, gospodarce i obiektach kultury były tak wielkie, że czasem porównuje się je do hekatomby i zniszczeń II wojny światowej. 

 

Dwaj królowie w Bochni i Wiśniczu

Pochód wojsk szwedzkich. Obraz Józefa BrandtaPo kilku miesiącach Szwedzi byli już pod Krakowem, gdzie schronił się na krótko król Jan Kazimierz. Król obsadził Kraków załogą pod dowództwem Stefana Czarnieckiego, a sam zdecydował się na ucieczkę. Wieczorem 25 września opuścił miasto i przez Bochnię, Wiśnicz i Nowy Sącz udał się do posiadłości żywieckich, skąd miał się kierować do przebywającej w Głogówku królowej.

Wraz z nim wyruszył oddział rajtarii, magnaci oraz grupa zaufanych dworzan, która w obawie przed grabieżą zabrała ze sobą insygnia królewskie, klejnoty i archiwum koronne na tymczasowe przechowanie do zamku Lubowla na Spiszu, zarządzanego wówczas przez marszałka Jerzego Sebastiana Lubomirskiego.                                              

W Wiśniczu Jan Kazimierz spędził kilka dni. 29 września wyjechał z zamku i starym traktem węgierskim dotarł do Sącza. W ślad za królem wycofywało się w kierunku Bochni i Wiśnicza wojsko polskie.                                                        

Tymczasem, król szwedzki Karol X Gustaw zdecydował się na szybką pogoń za wojskiem koronnym, które zamierzał rozbić w jednej bitwie. Razem z rajtarią, dragonią i piechurami (ok. 4 tys. żołnierzy) wyruszył 30 września z Krakowa w stronę Bochni. Do Bochni miał go prowadzić Aleksander Pracki, towarzysz chorągwi husarskiej, który przeszedł na stronę szwedzką i namawiał do tego resztki wojska kwarcianego. Przed Wieliczką Pracki pomylił drogę i orszak królewski przypadkowo natknął się 300 osobowy oddział wojska kwarcianego. Tylko przytomność umysłu zdrajcy Prackiego uratowała Karola Gustawa przed rozpoznaniem i śmiercią. Otóż Szwedzi wraz z królem zaczęli udawać polskich furażerów, zbierających na polu sterty siana, a sam Pracki kazał polskim żołnierzom wycofać się do hetmana Lanckorońskiego. Nie wiele więc brakło, by szwedzki król wyjazd do Bochni przepłacił życiem albo niewolą, co zapewne odmieniłoby losy wojny.

Późnym popołudniem Karol Gustaw wraz z wojskiem przybył do Bochni. Miasto, pozbawione fortyfikacji i oddziałów wojska, nie broniło się. Na wieczerzę i nocleg szwedzki król zatrzymał się prawdopodobnie w zamku żupnym, jedynym obiekcie w mieście godnym przyjęcia monarchy i jego doradców. W czasie kolacji miał wychwalać Prackiego, a za uratowanie życia hojnie go wynagrodził i mianował pułkownikiem jazdy. Z Bochni król szwedzki wezwał do siebie oddziały wojsk pod dowództwem gen. Roberta Douglasa, które wcześniej wysłał pod Lanckoronę. Oddziały te miały wyruszyć na spotkanie z królem pod Wiśnicz, po drodze tocząc walki z chłopami i paląc Myślenice i Dobczyce.                 

Nazajutrz, 1 października, Szwedzi wyruszyli z zamiarem zdobycia zamku w Wiśniczu, który był ważną twierdzą w okolicy Krakowa i ze względów strategicznych musiał być przez nich opanowany.

Wiśnicki zamek i okoliczne dobra były wtedy własnością Aleksandra Michała Lubomirskiego, najstarszego syna wojewody krakowskiego Stanisława Lubomirskiego. Aleksander był osobą wykształconą, rozmiłowaną w sztuce i literaturze, nie miał jednak zdolności wojskowych jak jego brat Jerzy Sebastian. Sam zamek, przebudowany przez Stanisława w stylu „palazzo in fortezza” i otoczony wysuniętymi do przodu murowano-ziemnymi bastionami, czasy świetności miał już wtedy za sobą. Do jego obrony Lubomirski zostawił załogę złożoną z 200 piechurów z Nawojowej (klacz nawojowski położony za Sączem należał do Aleksandra Lubomirskiego) oraz grupy okolicznej szlachty.

Warownia wyposażona była w co najmniej 35 dział, część z nich pochodziła z miejscowej ludwisarni. Słabością zamku było jego położenie poniżej wzgórza gdzie zbudowano klasztor karmelitów bosych, który co prawda też był otoczony fortyfikacjami, a nawet posiadał kilka własnych dział, ale w tym dniu był w większości opuszczony i prawdopodobnie nie broniony. Zajęcie klasztoru dawało Szwedom możliwość ostrzału zamku od strony południowej. Zdaniem Andrzeja Gruszeckiego, autora cennej pracy „Bastionowe zamki w Małopolsce”, zamek mógł wytrzymać oblężenie przeciwnika, dysponującego lekkimi działami, ale nie miał szans przy ostrzale z wykorzystaniem ciężkiej artylerii, którą Szwedzi mogli ściągnąć i ustawić na wzgórzu klasztornym i dosięgnąć bezpośrednio budowlę pałacu schowaną wewnątrz murów. Przede wszystkim jednak załodze brakowało odważnego, zdeterminowanego dowódcy, a jak przypuszcza prof. T. Nowak, być może sam właściciel zamku, który wtedy schronił się w Podolińcu na Spiszu, wydał obrońcom przyzwolenie na honorową kapitulację, chcąc w ten sposób ochronić budowle zamkowe przed zniszczeniem i dewastacją. Nie wiadomo też, czy obrońcy zamku znali historię oblężenia innego zamku magnackiego – Tęczyna, gdzie za opór przeciwko rozwścieczonym Szwedom obrońcy zapłacili własnym życiem. Nic więc dziwnego, że jak pisze w swoich wspomnieniach Wespazjan Kochowski:

do nadchodzących Szwedów obrońcy kilka razy strzelili z zamkowych armat, lecz dowiedziawszy się, że sam król szwedzki osobą swoją podstąpił przestali strzelać; a król też posłał trębacza, żeby mu się poddali obiecując onym całość i bezpieczeństwo, inaczej każe szturmować. Zdali się tedy królowi szwedzkiemu, których mile przyjął, puszczając echo łaskawości po sobie.

Zamek został więc zajęty i obsadzony załogą szwedzką, a dzień później 2 października do Wiśnicza dotarły wspomniane wcześniej oddziały generała Douglasa. Połączone siły szwedzkie pod dowództwem Karola Gustaw wyruszyły pod Wojnicz, gdzie następnego dnia pokonały wojska koronne i odrzuciły je pod Tarnów.         


                                                   

Zagadkowa armata i 150 wozów łupów

Zajęcie zamków wokół Krakowa (oprócz Wiśnicza Szwedzi zajęli m.in. Tęczyn, Ojców, Lanckoronę) i rozbicie wojsk polskich pod Wojniczem umożliwiło królowi szwedzkiemu skupienie swoich sił na oblężeniu Krakowa bronionego przez Stefana Czarnieckiego. Ostatecznie Kraków poddał się Szwedom 19 października.  Do zdobycia miasta Szwedzi potrzebowali armat, dlatego Karol nakazał zabrać z zamku w Wiśniczu i przetransportować pod Kraków ciężkie działa. Za zorganizowanie transportu odpowiedzialny był Aleksander Jelbing. Być może w czasie tego transportu ugrzęzła w bagnie pod zamkiem kolubryna z czasów Stanisława Lubomirskiego, którą przypadkowo odkopano w kwietniu 2006 r. na boisku piłkarskim, a którą można obecnie oglądać w Muzeum Ziemi Wiśnickiej. Nie można też wykluczyć, że została celowo zakopana.

Łupem Szwedów padły nie tylko działa. Mimo obietnic Karola Gustawa, że zamek Lubomirskich nie poniesie szkody, został on jednak splądrowany i uszkodzony. Powszechnie znaną informację o wywiezieniu przez Szwedów 150 wozów różnego rodzaju łupów, należy łączyć z działalnością gubernatora Krakowa Paula Wirtza, starszego brata komendanta zamku w Wiśniczu – Bengta Wirtza. Paul Wirtz znany był jako człowiek, który szczególnie przykładał się do grabieży i ściągania kontrybucji. Oskarżano go nawet o grabież grobów królewskich na Wawelu. Jak zanotował w swoich wspomnieniach Hieronim Chrystian Holsten, niemiecki rajtar w służbie szwedzkiej, Wirtz w asyście 300 rajtarów osobiście pofatygował się do Wiśnicza, aby dopilnować wywozu wiśnickich „skarbów”. A co znalazło się na 150 wozach, które zimą lub wczesną wiosną 1656 r. wyjechały z Wiśnicza? Oprócz drogich sprzętów jak szkatuły, zwierciadła, zegary, złote i srebrne naczynia, kielichy, czary, rzędy końskie, klejnoty, Wirtz zabrał część drogocennych obrazów, pędzla tak znakomitych artystów jak Rafael, Tycjan, Veronese, Ribera czy Bassano. Inwentarz zamku z 1661 r. informuje nas jednak, że i tak nie były to wszystkie drogocenne sprzęty i dzieła zamkowe, skoro wciąż znajdowała się tam pokaźna kolekcja min. in. obrazów.

Jak już wspomnieliśmy, ofiarą najazdu Szwedów padł również wiśnicki klasztor karmelitów. Po zajęciu klasztoru przez Szwedów, w celach zakonnych zamieszkali oficerowie, w oficynach zaś żołnierze. W korytarzach urządzono zaś stajnie dla koni, a refektarz był jadalnią i miejscem zabaw. Pozostałych w klasztorze zakonników zamknięto w chórze zakonnym. Prawdopodobnie w pierwszych miesiącach okupacji Szwedzi nie złupili bogatego wystroju wyposażenia kościoła i skarbca klasztornego, gdyż te zostały zamknięte z rozkazu pierwszego komendanta Wiśnicza Benedykta Viercisa. Opuszczając klasztor we wrześniu 1656 r. spalili jego dach.

Okupacja szwedzka w Bochni i okolicy

Zainteresowanie Karola X Gustawa Bochnią, wynikało przede wszystkim z faktu istnienia tu żupy solnej, która mogła przynieść mu szybko dochody, potrzebne na opłacenie zarówno szwedzkich jak i polskich wojsk, które przeszły na jego służbę. Co prawda w połowie XVII w. kopalnia i warzelnia bocheńska okres świetności miały już dawno za  sobą i nie mogły się równać z wydobyciem soli w sąsiedniej Wieliczce, ale i tak żupa bocheńska, mogła dostarczyć 25 % ogólnej produkcji soli w żupach krakowskich.

Po wkroczeniu najeźdźców pod koniec września 1655 r. w mieście zapanował chaos. Zamknięto księgi miejskie, a władze miasta przestały funkcjonować. Szwedzi rozpoczęli w żupie i mieście gospodarkę rabunkową, nastawioną wyłącznie na osiągnięcie dużego zysku w krótkim czasie.  Przede wszystkim zabrali z magazynów w nadszybiach i  warzelni wszystkie zapasy zgromadzonej soli. Była to głównie sól drobna, beczkowa, którą łatwo można było transportować i sprzedać. Od początku sól ta poszła na wynagrodzenia dla oficerów szwedzkich, ale także – co jest szczególnie przykre – na wypłatę żołdu dla chorągwi polskich, które przeszły na stronę szwedzką. Pisze o tym w swoim pamiętniku Mikołaj Jemiołowski, który wspomina, że w Krakowie i Korczynie król szwedzki hojnie obdarował Polaków „to srebrem, to złotem, to włościami rozmaitymi, drugich solą z Bochni i Wieliczki”.  

Być może przed kompletną dewastacją kopalni i szybów wydobywczych ze strony Szwedów uratował bocheńską żupę bachmistrz Walerian Żmijewski. Jak stwierdzili w 1659 r. komisarze komisji żupnej „szkody w górach wszelkiej podczas nieprzyjaciela przestrzegał”. Jego zasługi zostały docenione, o czym świadczy fakt, że przyznano mu należne za czas okupacji szwedzkiej pobory i deputaty solne.              

Najbardziej reprezentacyjny budynek w mieście, jakim był zamek żupny, nie został co prawda zburzony w czasie potopu, ale też mocno ucierpiał. Komisja żup krakowskich stwierdziła, że stary zamek był po Szwedach zdewastowany i „bez dachu wszystek prawie powalony i porysowany”. 

Ale nie tylko bocheńska żupa ponosiła koszty najazdu szwedzkiego. Żołnierze aby się ogrzać w chłodne noce rozbierali drewutnie miejskie i żupne, które palili na ogniskach w różnych punktach miasta. Doprowadziło to w końcu do pożaru, który miał strawić przeszło 50 bocheńskich domów. W wyniku tego pożaru spłonął niemal nowy dach kościoła parafialnego. Wbrew jednak obiegowym opiniom to nie Szwedzi zniszczyli bocheńska farę. Gotyckie, żebrowane sklepienia zawaliły się w wielkim pożarze kościoła i miasta już  w roku 1561.  Zastąpiono je prowizorycznym drewnianym stropem, który przetrwał do kolejnego pożaru świątyni w roku 1650. Po tym pożarze drewniany sufit zastąpiono sklepieniem beczkowym, posadowionym jednak znacznie niżej niż sklepienie gotyckie. Do kompletnej natomiast dewastacji kościoła doprowadził najazd Siedmiogrodzian i Kozaków w roku 1657, o czym będzie jeszcze mowa.

W Bochni mnożyły się także kontrybucje i grabieże mieszczan. Nieliczne wzmianki na ten temat znajdujemy w księgach miejskich wznowionych po okupacji szwedzkiej. I tak mieszczka Wojnarowska w swoim testamencie stwierdziła, że

nie ma ani srebra, ani pieniędzy, bo wszystko zabrali i porabowali Szwedzi z Kozakami.

Rozpaczliwe działania mieszczan ratujących swój dobytek potwierdza testament Wacława Kornikiewicza, który zakopał swoje oszczędności „na pierwsze bycie Szwedów pod Bochnią, głęboko na chłopa”. Wymowny jest też fragment wspomnień Hieronima Holstena, który po dostaniu się do niewoli polskiej pod Krakowem został uwięziony w Wiśniczu. Po drodze do Wiśnicza, jak pisze: - „stare niewiasty, które straciły futra przez Szwedów, pluły nam w oczy i obrzucały nas kamieniami”. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie mieszczki bocheńskie tak się odpłacały za krzywdy, które im wyrządzili najeźdźcy.

Do położonych między Krakowem a Bochnią Niepołomic, oddział Szwedów wkroczył 28 września 1655 r. I tu przez kilka dni trwały grabieże i rabunki, o czym informują zachowane z tego okresu księgi parafialne. Mieszkańcy Niepołomic, w tym kapłani i służba kościelna, rozproszyli się po lasach i bagnach. Wielu jednak, zwłaszcza dzieci,  którzy schronili się w Puszczy Niepołomickiej, zmarło tam z głodu i wyczerpania. Ich obawy przed Szwedami nie były bezpodstawne. W pierwszym dniu najazdu zabito sędziwego szewca Baltazara, a wojskowi maruderzy uśmiercili Wojciecha Rydlika z Kłaja.

Jedynym miasteczkiem, które miało stawić opór wkraczającym Szwedom miała być rzekomo Lipnica Murowana. Mieszczanie lipniccy, wierni swemu królowi, mieli bronić miasta przez kilka godzin (!) Rozwścieczeni oporem Szwedzi mieli miasto splądrować i spalić (m.in. kościół parafialny św. Andrzeja) , a nawet zburzyć jego mury obronne. Zdaje się jednak, że mamy tu do czynienia z miejscową tradycją i niepewnymi przekazami ustnymi umacniającymi lokalny patriotyzm, niż z rzeczywistymi realiami historycznymi. 


 W walce z najeźdźcą

Rabunki, kontrybucje i zniszczenia oraz niedotrzymywanie obietnic przez Szwedów, doprowadziły do oporu chłopów, mieszczan i w końcu samej szlachty. Dużą rolę odegrały tu względy religijne. Szwedzi, dla których nie było świętości, łupili kościoły i klasztory. W zdecydowanej większości byli protestantami, których katoliccy chłopi nazywali potocznie „lutrami”. Obrona Jasnej Góry (18 listopada – 27 grudnia 1655 r.) opór ten jeszcze bardziej wzmogła, choć trzeba pamiętać, że już wcześniej dochodziło do potyczek i walk z najeźdźcą, próbującym egzekwować kolejne kontrybucje.

Na początku stycznia 1656 r., po powrocie króla Jana Kazimierza do Polski, marszałek wielki koronny Jerzy Sebastian Lubomirski wydał uniwersały wzywające szlachtę i chłopów do walk z najeźdźcą. Wsparł też logistycznie i finansowo Gabriela Wojniłłowicza, który na czele pułku jazdy został wysłany w rejon Podgórza.  Warto w tym miejscu zauważyć, że Wojniłłowicz był już wtedy doświadczonym żołnierzem, uczestnikiem walk na Ukrainie, gdzie służył u księcia Jeremiego Wiśniowieckiego i hetmana Stanisława Rewery Potockiego. Wsparty przez szlachtę, a także liczne oddziały chłopskie, około 20 stycznia dotarł do Wiśnicza. Podjęto wtedy próbę zdobycia zamku, w oblężeniu miało uczestniczyć kilka tysięcy chłopów. Ponieważ załoga szwedzka była zbyt silna, Wojniłłowicz zostawił część piechoty w Wiśniczu, a sam śmiałym zagonem kawaleryjskim skierował się do Bochni. Tutaj wyciął nieduży oddział strzegący kopalni, poczym zaatakował Wieliczkę, Bieżanów, Niepołomice, a nawet dotarł pod mury Krakowa. Następnie powrócił do Wiśnicza, gdzie podjął kolejną próbę zdobycia zamku. Nie jest pewne, czy pod koniec stycznia zamek został zdobyty w walce, czy sami Szwedzi go opuścili i częściowo wysadzili. Bardzo ciekawie brzmi relacja cytowanego już niemieckiego najemnika w służbie szwedzkiej Hieronima Holstena, który ściągnięty do obrony wiśnickiego zamku był świadkiem wrzucenia do studni zamkowej dział (zapewne samych luf) i potajemnego opuszczenia warowni.

Wyszliśmy w nocy pozostawiając różne miny, wiele beczek naładowanych prochem i zostawiliśmy piękny zamek na pastwę lontom” – pisał w swoim pamiętniku. 

Być może jedna z potyczek ze Szwedami miała miejsce na polach wsi Kamionna. Zdaniem Stanisław Fischera, opierającego się na tradycji ludowej i przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieściom, w walce tej mieli wziąć udział chłopi, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa nad najeźdźcami. W bitwie miał zginąć szwedzki dowódca, którego zwłoki jego żołnierze mieli zabrać ze sobą i pochować w usypanej mogile na wzgórzu między Moszczenicą a Chełmem.

Z czasem na pobojowisku w Kamionnej wzniesiono wysoką kolumnę z krzyżem, która miała upamiętniać zwycięstwo nad Szwedami, a za zwycięskiego wodza niesłusznie uznano Jerzego Lubomirskiego, o czym informuje nas współczesna tablica na cokole pomnika.

Przez kolejne wieki kolumna coraz bardziej popadała w ruinę. Niszczyły ją nie tylko warunki atmosferyczne, ale także uderzające w figurę pioruny. Kolumną zainteresowali się w XIX w. znani z tradycji patriotycznych właściciele Kamionnej Ożegalscy. Postanowiono ją odnowić. W trakcie prowadzonych przez siebie wykopalisk Ożegalski znalazł na okolicznych wzgórzach resztki szwedzkiego uzbrojenia. W czasie kolejnego remontu w 1963 r., w trakcie prac ziemnych, odkryto fragmenty jakiejś zbroi oraz monetę z 1682 r.                       

Co ciekawe, gospodarujący II poł. XIX w. w sąsiedniej Kierlikówce szlachecki poeta Józef Niwicki, poświęcił walkom ze Szwedami jeden ze swoich wierszy zatytułowany ”Napad hetmański”, w którym opisuje rozbicie wojsk szwedzkich  nie w Kamionnej, ale „na Nieszkowic powabnej równinie”a klęskę najeźdźcom miał zdać… sam hetman Czarniecki (!). O Mniszkowicach pod Bochnią (pierwotna nazwa Nieszkowic Wielkich) i odniesionym tu zwycięstwie Czarnieckiego wspomina również Hipolit Stupnicki w wydanym w 1864 r. Geograficzno - statystycznym opisie królestwa Galicyi i Lodomerii. Obie wzmianki są jednak mało wiarygodne, gdyż hetman Czarniecki ze swoimi wojskami nigdy nie walczył w okolicy Bochni.    

Wracając do partyzanckiego rajdu Gabriela Wojniłłowicza, należy stwierdzić, że choć dość spektakularny, to jednak nie przyniósł trwałych efektów. Po odejściu jego wojsk, do Bochni i Wiśnicza wrócili Szwedzi, którzy okupację nad żupą i zamkiem sprawowali do września 1656 roku.  Mimo to warto zapamiętać postać Wojniłłowicza, który jako pułkownik jazdy dzielnie walczył pod dowództwem Lubomirskiego i Czarnieckiego. Zginął w okolicach Zadnieprza po 1663 r. Jego życiorys posłużył Henrykowi Sienkiewiczowi do stworzenia postaci literackiej Andrzeja Kmicica w powieści historycznej „Potop”.

 

Oblężenie Krakowa

Koniec blisko rocznej okupacji szwedzkiej w Wiśniczu i Bochni związany był z rozpoczęciem oblężenia Krakowa i próbą odzyskania miasta przez wojska polskie pod dowództwem Jerzego Sebastiana Lubomirskiego. Pierwsze oddziały Lubomirskiego dotarły pod Kraków 26 września 1656 r. rozpoczynając pięciomiesięczną blokadę tego miasta. Marcin Gawęda przypuszcza, że w jego oblężeniu wzięli udział także bocheńscy górnicy, wzywani przez uchwały sejmikowe do prac minerskich przy murach miasta. Być może także wyprawiono z Bochni oddział mieszczan uzbrojonych w broń palną.

W walkach o odzyskanie Krakowa wziął udział Władysław Lubowiecki h. Kuszaba, blisko związany z Lubomirskimi. Poprzez małżeństwo z Heleną z Wieruskich, objął dobra położone niedaleko Bochni tj. Wieruszyce, Ubrzeż, Niegowić, był też posesorem Proszówek. Kilkakrotnie był posłem na sejm, posłował również w imieniu Jerzego Lubomirskiego do Karola Gustawa, Jan Kazimierza czy Jerzego II Rakoczego. Jesienią 1656 r. pełnił funkcję rotmistrza pospolitego ruszenia województwa krakowskiego, a na początku 1657 został pułkownikiem województwa i stał na czele wojsk pospolitego ruszenia , które zebrało się w obozie pod Wiśniczem, aby przygotować się do obrony przed nadciągającymi wojskami Siedmiogrodzian. 6 marca 1657 r. zgromadzona pod Wiśniczem szlachta wydała ostatni uniwersał i rozeszła się do domów.


Najazd Siedmiogrodzian i Kozaków w 1657 r.   

Na mocy układu w Radnot z 6. XII.1656 r., nazywanego czasem „pierwszym rozbiorem Polski”, na początku 1657 r. w granice Polski wkroczyły wojska siedmiogrodzkie dowodzone przez księcia Jerzego Rakoczego.

Główna armia szła północnym brzegiem Wisły w stronę Krakowa, a sam Rakoczy z oddziałem 4 tysięcy żołnierzy wkroczył  do miasta z zadowoleniem witany przez Szwedów. Choć wojska siedmiogrodzkie nie maszerowały bezpośrednio przez Bochnię, to jednak towarzyszący im oddział Kozaków zaporoskich pod dowództwem pułkownika Antona Zdanowicza rozpoczął na ziemi bocheńskiej okres mordów i grabieży, czasem jeszcze gorszy w skutkach niż wcześniejsza okupacja szwedzka.

Prawdopodobnie pierwsze oddziały kozackie wkroczyły na ziemię bocheńską od północy, przeprawiając się przez Wisłę w rejonie Uścia Solnego lub Nowego Brzeska. Zajęcie Uścia Solnego przez Kozaków potwierdza późniejsza lustracja, w której stwierdzono, że w czasie ich najazdu zaginęły statuty i przywileje niektórych cechów rzemieślniczych. W sąsiedniej Cerekwi podczas napadu Węgrów i Kozaków miał spłonąć dom proboszcza oraz zabudowania wiejskie.   

Niepołomicach Kozacy dwukrotnie złupili kościół parafialny, grabiąc wiele cennych przedmiotów z jego wyposażenia. Szukali też ukrytych kościelnych kosztowności i w tym celu torturowali służbę kościelną. Piękną, bohaterską postawą wykazał się niepołomicki grabarz, Wojciech Wojtal, który, chociaż wiedział gdzie ukryto cenne naczynia ołtarzowe, nie wyjawił tego torturującym go Kozakom. Mimo odniesionej ciężkiej rany głowy, przeżył najazd i żył jeszcze 40 lat. Kilkanaście innych osób straciło życie z rąk żołnierzy Rakoczego.

Kościelnych kosztowności poszukiwali najeźdźcy także w Trzcianie, gdzie w Wielki Poniedziałek 25 marca obrabowali i spalili kościół i zabudowania klasztoru kanoników, a przebywających tam zakonników, na czele z przeorem, wymordowali. Wydarzenia te potwierdza w swoim wierszu „Klasztor wymarły” wspominany wcześniej Józef Niwicki z Kierlikówki.

Oczywiście na szlaku grabieży i gwałtów wojsk siedmiogrodzkich znalazła się również Bochnia, gdzie Kozacy mordowali mężczyzn, a kobiety i małych chłopców uprowadzili do niewoli. Wiemy też, że doszło do ponownego, bardzo dużego pożaru na rynku bocheńskim. Spłonęło aż 41 domów, a miasto wyludniało. Ponownie został zniszczony kościół parafialny, dopiero co odbudowany po pożarach z 1650 i 1655 r. Najeźdźcy zniszczyli w nim ołtarze cechowe. Splądrowane zostały też zabudowania szpitala św. Macieja, gdzie Kozacy m.in. zniszczyli w kaplicy ołtarz z murowanymi relikwiami.

Odejście Kozaków i Siedmiogrodzian na wschód oznaczało dla mieszkańców okolic Bochni koniec niszczycielskiego najazdu. Działania wojenne przeciw Szwedom przeniosły się na północ, a wojska Rakoczego zostały rozbite przez Jerzego Sebastiana Lubomirskiego. II wojna północna ostatecznie zakończyła się podpisaniem pokoju w Oliwie w 1660 r. Dla mieszkańców Bochni i okolic oznaczało to powrót do smutnej rzeczywistości powojennej.

Skutki „potopu”

Najazdy szwedzki i siedmiogrodzki przyniosły Rzeczpospolitej ogromne straty ludzkie, materialne, kulturalne i mentalne. W skali całego kraju straty demograficzne były ogromne, sięgające nawet czterech milionów obywateli Korony i Litwy. Był to wynik bezpośrednich działań wojennych lub przemarszów wojsk, ale też epidemii i pomorów, do których musiało dojść tam, gdzie przez długi czas stacjonowały żołnierskie masy.

Zniszczone, bądź zdewastowane, zostały liczne kościoły, klasztory i zamki. Badania Andrzeja Sowy wykazały, że zniszczeniu uległa 1/3 z liczby zamków znajdujących się na terenie województwa krakowskiego. W dodatku część z tych obiektów nie podniosła się ze zniszczeń i pozostała w ruinie.

Chyba najboleśniej okres potopu szwedzkiego odczuli chłopi. Narażeni na ciągłe gwałty ze strony przechodzących wojsk, szwedzkie kontrybucje i rabunki, często uciekali do lasów, w góry, zaciągali się do oddziałów powstańczych. Nierzadko po zakończeniu działań wojennych nie mieli gdzie wracać bo ich domostwa były spalone. Znaczna część gospodarstw leżała odłogiem. Brakowało rąk do pracy, narzędzi i inwentarza – bydła, koni. Leże zimowe wojsk i kontrybucje przyniosły na przykład dotkliwe straty w starostwie lipnickim, gdzie po wojnach aż 65 % łanów kmiecych było pustych. W rejonie bocheńskim takie pustki odnotowano m.in. w Królówce i Leszczynie. Nie inaczej było w innych starostwach oraz w dobrach szlacheckich i kościelnych.

W miastach takich jak: Bochnia, Nowy Wiśnicz, Lipnica Murowana, Uście Solne, widoczny był spadek liczby rzemieślników i cechów oraz kryzys w handlu. Trzeba było kilkadziesiąt lat, żeby odbudować ich dawny potencjał gospodarczy. Miarą zubożenia mieszczan są zachowane w bocheńskim archiwum testamenty i inwentarze dóbr z II połowy XVII wieku, gdzie zamiast kosztowności, pieniędzy czy drogich ubrań znajdujemy informacje o pierzynach i poduszkach, jako szczególnie wartościowych rzeczach.

Bocheńska żupa, która już przed „potopem” przeżywała kryzys, po zakończeniu działań wojennych znalazła się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Wielu górników i zatrudnionych w żupie uciekło z miasta. Niektóre szyby i urządzenia techniczne były zaniedbane i zrujnowane – na czele z największym bocheńskim szybem „Campi”.

„Potop szwedzki” odbił się również niekorzystnie na mentalności Polaków. Lęk przed obcymi, wzrost nietolerancji religijnej, której efektem było wygnanie arian w 1658 r., wzrost ciemnoty i spotęgowanie wiary w zabobony – to tylko niektóre skutki przemian po 1655 r. Nie jest chyba przypadkiem, że zdecydowana większość procesów o czary w Bochni i Wiśniczu przypadnie właśnie na okres II poł. XVII w. i początku XVIII.

Szwedzi mają świadomość, jak olbrzymich zniszczeń dokonały ich wojska w Rzeczypospolitej w dobie II wojny północnej. W trakcie obchodów 350-lecia obrony Jasnej Góry ambasador Królestwa Szwecji w Polsce Tomas Bartelman stwierdził:

Nie wiem, czy 350 lat później można prosić o wybaczenie za cierpienia i zniszczenia, których w Polsce dokonały wojska pod dowództwem Szwedów, ale ubolewamy, gdyż spowodowane wtedy na ziemiach polskich zniszczenia były tak ogromne, iż Polacy zapamiętali je jako swoisty potop!

Zamiast jednak skupiać się na bezowocnych wysiłkach odzyskania zagrabionych dóbr, lepiej może potraktować potop szwedzki jako przestrogę sprzed 360 lat, co może stać się z krajem, w którym nie ma pieniędzy na wojsko, obywatele nie mają szacunku do władzy, a władza do obywateli, a postawy egoizmu i wygodnictwa zastępują patriotyzm i troskę o własne państwo.

 

Bibliografia:

  • Jemiołowski, Pamiętnik dzieje Polski zawierający (1648 – 1679), Warszawa 2000
  • Kochowski, Historya panowania Jana Kazimierza, wyd. E. Raczyński, Poznań 1859 r.
  • Ch. Holsten, Przygody wojenne 1651-1660, oprac. T. Wasilewski, Warszawa 1980

Artykuły i opracowania:

  • Gawęda, Bochnia i Wiśnicz w czasie „potopu”, [w:] Krakowski Rocznik Archiwalny, T. 10, Kraków 2004
  • Kobiela, Szwedzi w Wiśniczu, Wiadomości Bocheńskie, R XVI, nr 1 (69), 2006
  • Kobiela, Zakończenie „potopu szwedzkiego” i jego skutki, WB, nr 1 (72), 2006/2007
  • Kracik, Ludzie królewskich Niepołomic, Niepołomice 2008
  • Wojna polsko-szwedzka 1655-1660, red. J. Wimmer, Warszawa 1973
  • Polska w okresie drugiej wojny północnej 1655-1660, t. II, Warszawa 1957
  • Sowa, Rola zamków województwa krakowskiego w XVII wieku (do 1660 r.), Studia Historyczne, R. XX, Kraków 1977
  • Fischer, Dzieje bocheńskiej żupy solnej, Warszawa 1962
  • Fischer, Wiśnicz Nowy. Jego przeszłość, zabytki i stan dzisiejszy, Warszawa 1967
  • J. Wanat, Zakon karmelitów bosych w Polsce, Kraków 1979
  • P.S. Szlezynger, Dawny Kościół Karmelitów Bosych w Wiśniczu, Nowy Wiśnicz 2000
  • Wojciechowski,  Kościelne dzieje Bochni w czasach staropolskich, Tuchów 2003